Asia Gołębiewska

21.03.2010 8 komentarzy

Czas Surferów

20.03.2010 8 komentarzy

TEKST: Marcin Jaworski    FOTO: Marcin Jaworski i Borkovitz

Coraz większymi krokami nadchodzi do nas wiosna. Dlatego ja wraz z Bartkiem B. (lub jak kto woli: Inspektor Vibovit i Porucznik Borewicz) wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą. Konkretnie, chcieliśmy zrobić kilka zdjęć, jak zawsze. Umówiliśmy się na godzinę 13:30. Równo o tej godzinie zielona perła, która nie ma jeszcze imienia podjechała pod mój dom. Najpierw pojechaliśmy zwiedzić odległe o pięć kilometrów od naszego miasta Radomice. Zwiedzanie sąsiedniej wsi i pobliskiego Białowieżyna zajęła nam około 15. minut.

Wracając z Radomic Bartkowi przypomniało się, że dawno nie odwiedzał swojej babci, która mieszka za Rypinem. Dlatego, długo nie myśląc pomknęliśmy wcześniej wspomnianą zieloną perłą w stronę Rypina. Po drodze zatankowaliśmy samochód, tak aby 40 kilometrów, które mamy do przejechania nie stanowiło dla nas żadnego problemu. No i tak sobie jechaliśmy? Aż w pewnym Momocie usłyszałem od mojego kompana mniej więcej takie zdanie: ?Pojedziemy inną drogą, będzie fajnie. Pokaże Ci fajny młyn. Może zrobimy jakieś zdjęcia.? Ja oczywiście z uśmiechem na twarzy, zgodziłem się. Było to tuż przed naszym celem (Rypin). W miejscowości Rogowo, podczas gdy ja rozmawiałem przez telefon i nie mogłem pilnować tego co robi Porucznik Borewicz, ten pędził sobie polną drogą i tak się zapędził, że wpędził nas w głęboką kałużę, która bardzo ogromną falą zalała nasz silnik. Na widok ogromnych kłębów dymu wydostających się spod maski naszego samochodu, szybko rozłączyłem się, aby dowiedzieć się co się dzieje. Gdy spojrzałem na minę Bartka, nie pytałem już o nic. Niestety samochód dalej nie pojechał. Po około 40 minutach stania w wielkiej kałuży, podszedł do nas młody chłopak w białej koszuli (ubrany był tak, jakby miał iść do kościoła). Pomógł nam oczywiście, przy czym pobrudził się okropnie, jednak jemu to nie przeszkadzało. Gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Lipna, kazał pozdrowić swoich ziomków. Następnie, zadowoleni, że możemy jechać dalej i w końcu odwiedzić Bartka babcię, ruszyliśmy do wcześniej wspomnianego młyna. Niestety zastaliśmy tabliczkę ?TEREN PRYWATNY. WSTĘP WZBRONIONY. GROŹNE PSY.? No i z młyna nici. Zawróciliśmy, i kierowaliśmy się (inną drogą, żeby ominąć felerną kałużę) w stronę Rypina.

Niestety pomoc wyelegantowanego kolegi na długo się nie zdała. Jakieś dziesięć kilometrów za Rogowem, tuż obok figurki Matki Bożej, samochód nam stanął jak przysłowiowa krowa w polu. Można tu przytoczyć, że ja krowa nawali to idzie, no a nam samochód ani drgnął.
Razem z Porucznikiem Borewiczem próbowaliśmy szukać pod maską czegoś, sami nie wiemy czego. Pukaliśmy, stukaliśmy, odklejaliśmy, przełączaliśmy i nic. W końcu stwierdziliśmy, że po prostu nie mamy paliwa. Z domu obok którego staliśmy wyszła do nas starsza pani, a wraz z nią zgraja psów. W przeciwieństwie do zwierząt, pani była miła. Niestety nie pomogła nam zbytnio. Gdy zapytaliśmy, czy wie, kto może nam odsprzedać trochę paliwa, odparła, że każdy w pobliżu ma samochody na gaz, a najbliższa stacja jest w Dylewie, ale to jest dziesięć kilometrów od miejsca, w którym staliśmy. W takim razie poszliśmy do dwóch pobliskich domów, aby zapytać, czy ktoś nam z łaski swej nie odsprzeda chociaż kilku litrów paliwa. Niestety żadna, z dwóch ankietowanych przez nas pań nie miała benzyny. Ale za to jedna z nich powiedziała, że w Dylewie oddalonym o cztery kilometry jest stacja. Druga pani powiedziała, że w Dylewie jest stacja, ale to jest kawałek drogi.. Jakieś sześć kilometrów. I w taki sposób mieliśmy już trzy odległości, które dzielą nas od Dylewa. Tylko która jest prawdziwa? Za chwile zaczepiony przez nas rowerzysta, na to samo pytanie, które zadawaliśmy każdemu, odpowiedział: -?W Dylewie jest stacja paliw.? Więc zapytaliśmy: -?A daleko jest Dylewo??. ?Trzy kilometry?- odparł.
Obaj nie zastanawialiśmy się długo, wzięliśmy pięciolitrowy baniaczek, torbę i plecak z aparatami i wyruszyliśmy.. W pieszą już podróż do Dylewa, oddalonego o trzy, cztery, sześć lub dziesięć kilometrów. Przeszliśmy jakieś 800 metrów, zobaczyliśmy faceta, który stał w środku pola. Podeszliśmy bliżej. I tutaj zacytuję całą rozmowę:
-Vibovit: Dzień dobry, przepraszam?
-Człowiek: Co?
-Borewicz: Chcielibyśmy zapytać, którędy i jak daleko do Dylewa, a konkretnie na stację paliw?
-Człowiek: Ale tam jest daleko. Lepiej, jakbyście pojechali do Rogowa (w drugą stronę) i tam jest stacja.
Bo ja Wam mówię. (Uwaga cytuję słowo w słowo) Jak będziecie w Dylewie, to już byście byli w Rogowie.

I w tym Momocie, trafił nas przysłowiowy szlag. Zawróciliśmy i nawet nie w głowie było nam pytanie/ proszenie/ zastanawianie się jak daleko jest cholerne Rogowo czy tam Dylewo. Próbowaliśmy złapać ?stopa?, ale ludzie albo nas ?nie zauważali? albo pokazywali, że są tutejsi. Pewnie myśleli, że chcemy na stopa smigać do Stolicy, a nam chodziło tylko o kilka kilometrów. W między czasie z naszych ust padały różne brzydkie słowa, a to w stronę kierowców, a to w stronę nas samych wzajemnie. Po drodze znaleźliśmy prawie nowy telewizor (o markę sprzętu, proszę pytać Bartka- on wie). Odpoczęliśmy chwilę, oglądając M jak Miłość i inne ciekawe seriale. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy w deszczu jak takie dwa włóczykije, nadal próbując zatrzymać jakiś samochód- bez skutku. Gdy już stwierdziłem, że ciężko pi***** to łapanie ?stopa?, Borewicz powiedział, żebyśmy spróbowali ostatni raz. No i udało się! Zatrzymało się dwóch facetów, nawet nie pamiętam jakim samochodem. Przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy co i jak. Bez niczego nam pomogli. Poprosiliśmy, żeby zawieźli nas tylko na stację, ale oni zaoferowali, że odwiozą nas również.
Na stacji wyciągnęliśmy wszystkie pieniądze jakie mamy. I ja i Bartek mięliśmy po jednym banknocie z wizerunkiem Bolesława I Chrobrego, co łącznie dawało nam 40 złotych. Dwadzieścia poszło na paliwo, dziesięć złotych daliśmy na piwo panom, którzy nam pomogli i został nam tylko banknocik z wizerunkiem Mieszka I. Po dotarciu do samochodu i zalaniu baku, z uśmiechem na twarzy chcieliśmy odpalić zieloną perłę. Niestety. Nasze wcześniejsze przypuszczenia, że brakuje paliwa poszły w p****.


Samochód nawet nie chciał zapalić. Mężczyźni, którzy nam pomogli, próbowali wytworzyć coś pod maską, jednak nic nie pomagało. W końcu, zaproponowali, że zaholują nas do Lipna, bo akurat tam jadą. I wtedy wszystko co dobre zepsuł mój kompan. A uczynił to zdaniem ?Niestety mam odkręcony zaczep do linki holowniczej z przodu.? Więc serdecznie podziękowaliśmy za zaoferowaną jak i udzieloną nam pomoc. Panowie pomknęli dalej, a nam zostało dzwonić po naszego kolegę Mańka- Albańczyka. Bartek dzwoniąc do niego, powiedział mu, żeby wziął ze sobą zaczep do linki.

Czekając na Mańka, czytaliśmy sobie różne damskie gazety, które akurat były w samochodzie. Aż około godziny 17:00 zajechał Maniek swoim BMW. Wychodząc zapowiedział od razu, że ma na wyczerpaniu akumulator i że jak zgaśnie mu samochód to nie ruszy i będziemy stali razem. Następnie wyciągnął linkę.. I tutaj znów pojawił się problem zaczepu, którego Maniek nie wziął ze sobą. Ale za to wpadł na genialny pomysł, że będziemy holować nasz samochód tylnim zaczepem.
Niestety nie przyjęliśmy jego oferty. Bartek zaczął szukać w bagażniku.. sam nie wiem czego, aż nagle wpadł na coś czego nikt się nie spodziewał. W bagażniku leżał zaczep do linki holowniczej! Jaki wniosek? Mogliśmy być w domu jakieś dwie godziny wcześniej, zabierając się z chłopkami.


Podczepiliśmy pod siebie samochody, ?jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć? i wyruszyliśmy w powrotną podróż do domu. Było około godziny 18:00. Ja jechałem z Mańkiem, a za nami Bartek. Po drodze, Maniek oszczędzał akumulator na czym tylko mógł. Począwszy od wycieraczek, poprzez klimatyzację, a skończywszy na światłach, które po prostu wyłączył. Całą drogę bał się, żeby tylko nie zgasł samochód.


Na szczęście dojechaliśmy do Lipna, do znajomego- Piotrka. Tam zauważyliśmy jak tarcze hamulcowe, rozgrzane są do czerwoności. Bartek bał się, że jego samochód wybuchnie. Maniek pojechał do domu, ponieważ zmuszony był, gdyż po drodze do Lipna jego telefon okupowała cała rodzina. Więc zostaliśmy w trzech. Ja, Bartek i Piotrek, który jest mechanikiem. Stwierdził on, że w samochodzie uszkodzona jest cewka. Nie pytajcie mnie ani Bartka co to, bo do teraz nie wiemy. W każdym razie, Piotrek wykonał jeden telefon i pojechaliśmy gdzieś, nie wiemy gdzie.. Wykręciliśmy daną część od innego samochodu (do tej pory nie wiemy czyjego). I wróciliśmy do niego na warsztat. Po wymianie cewki, samochód odpalił! My długo dziękowaliśmy za naprawę boinga, a Bartek i tak jest winny jeszcze więcej.
Szczęśliwi, że możemy wracać do swoich domów, na częściach z innych samochodów, stwierdziliśmy, że jedziemy jednak do Rypina.

Oczywiście żartuję. Na ten wieczór już dość wrażeń. Pojechaliśmy do Polo Marketu, aby zjeść kolację. Kupiliśmy osiem bułek ( z czego jedna okazała się być stara.. ale zjadliwa), sześć parówek, dwa kotlety do hamburgerów oraz dwa duże soki marchwiowe. Przy kasie modliliśmy się, aby dziesięć złotych, które nam zostało, wystarczyło. Pani po skasowaniu produktów mówi do nas z uśmiechem na twarzy ?Dziesięć złotych proszę.? (Głupi mają zawsze szczęście). W samochodzie zjedliśmy wspólną kolację przy lampce samochodowej (niestety zabrakło świec), a następnie zebraliśmy się do domów, aby stworzyć ten reportaż .

Z tego miejsca serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy:
-wyelegantowanego chłopaka, który pomógł nam na polnej drodze.
-wszystkich ludzi, którzy nie potrafili określić ile kilometrów jest do Dylewa.
-panów, którzy bardzo nam pomogli i zawieźli po paliwo.
-Mańka, który (można rzec) bez akumulatora przyjechał po nas.
-Piotrka, który naprawił nam na miejscu samochód.

I wszystkich, którzy czytają nasze ekscesy oraz oglądają zdjęcia z naszej wycieczki.
Pozdrawiamy serdecznie:
Inspektor Vibovit i Porucznik Borewicz. Lipno 20 marca 2010.

Teraz i zawsze

19.03.2010 3 komentarze

Monday morning

16.03.2010 2 komentarze